Strona główna/ROZMOWA (SZTUKA). Wejść w strefę dyskomfortu, by poczuć się u siebie

ROZMOWA (SZTUKA). Wejść w strefę dyskomfortu, by poczuć się u siebie

W grudniu 2021 r. w Galerii Labirynt przy ul. Grodzkiej 3 w Lublinie mogliśmy oglądać wystawę prac kijowskiej artystki Ingi Levi. Opiekę kuratorską nad Sztuką komfortu sprawowała Magdalena Linkowska. Inga Levi urodziła się w 1986 r. w Kijowie, gdzie mieszka i pracuje. Przez ostatnie pół roku przebywała w Lublinie w ramach programu stypendialnego Gaude Polonia. Artystka studiowała ilustrację książkową na Wydziale Wydawniczym i Poligraficznym NTUU KPI, zajmowała się także grafiką i malarstwem. Od 2000 r. interesuje się przestrzenią miejską, architekturą i sztuką monumentalną, co znajduje odzwierciedlenie w jej praktyce artystycznej. W latach 2018–2019 była kuratorką prac mozaikowych przy renowacji fontanny „Gwiazdy i konstelacje” A. Rybaczuk i W. Melnyczenki (ARWM) w Kijowskim Pałacu Dzieci i Młodzieży, a w 2021 r. odnawiała wnętrza głównego dworca autobusowego w Kijowie.

Aleksandra Zińczuk: Skąd pomysł na taki właśnie tytuł Twojej wystawy? Czułaś się mało komfortowo podczas pobytu w Polsce?

Inga Levi: Wręcz przeciwnie. Bardzo komfortowo. Szukałam w Lublinie miejsc, które kojarzyłyby mi się z rodzinnym Kijowem. Okazało się, że w tym przyjemnym mieście mój dom przypominają miejsca, gdzie czegoś w przestrzeni brakuje, coś jakby uwiera albo uległo destrukcji. Kiedy krajobraz ma w sobie coś niedokończonego. Ten brakujący element tworzy jednak pejzaż, i paradoksalnie ten „brak” organizuje go. Odnalazłam tutaj tego rodzaju miejsca i zrozumiałam, że dzięki nim czuję się u siebie. Tak wygląda moja strefa komfortu, zawsze jej poszukuję. Strefa komfortu nie zawsze musi być czymś przyjemnym, choć zazwyczaj tak się kojarzy. To subiektywne. Często strefa komfortu, spełniając nasze warunki komfortu, dla innych będzie czymś przeciwnym. Braki i elementy rozpadu są nieodzowne w „moim” krajobrazie.

Dlatego utworzyłaś serię mozaikowych znaków drogowych? Żeby inni mogli tam trafić?

Te znaki drogowe komunikują i służą niczym język zrozumiały dla wszystkich. Są nawigacją po wewnętrznym mieście.

W miejscach sterylnych, nowoczesnych, jak modernistyczne wieżowce, czujesz się obco?

Tak. Ale one są niezbędne. Po prostu nie znajduję w nich niczego ciekawego.

Ty natomiast zauważyłaś Plac Ofiar Getta…

To miejsce mnie nawet przestraszyło! W centrum miasta pusta przestrzeń o takiej nazwie. W dodatku powinien tu stać jakiś pomnik, ale nie stoi już od 12 lat. Na poziomie semantycznym nawiązuje do pamięci, która wydaje się nie być do końca przepracowana. W Kijowie mamy takich miejsc bardzo dużo, natomiast w Polsce, w samym Lublinie, można zaobserwować, że jest lepsza atmosfera do pracy z pamięcią. Znajdują się tu Ośrodek „Brama Grodzka – Teatr NN”, Muzeum Państwowe na Majdanku i liczne organizacje zajmujące się upamiętnieniem dziedzictwa żydowskiego. Nie mówiąc już o wszystkich instytucjach kultury jak Galeria Labirynt, Warsztaty Kultury czy Rozdroża (np. festiwal Open City), które są otwarte na różne wyzwania, szczególnie dotyczące trudnych tematów, także w obszarze historii, i pracują z przestrzenią miejską.

Jednak na Ukrainie zachodzi widoczna zmiana w myśleniu o pamięci. Można znaleźć liczne pozytywne przykłady działań, także dyskusji jak opowiadać i pokazywać pamięć w publicznej przestrzeni.

Niestety w dużej mierze miejsca związane z Zagładą praktycznie pozostają nieoznaczone na terenie całego kraju. A należy pamiętać, że prawie w każdym małym mieście, gdzie były sztetle, doszło do zbrodni, ale nie w każdym udało się przekazać pamięć, choćby w formie jakiegoś znaku. Mieszkańcy wiedzą, że coś takiego jak Holokaust miało miejsce, ale ich świadomość to czasem jedyny ślad po tych wydarzeniach. W Polsce, nawet w małych miejscowościach, lokalna pamięć została zachowana, zapisana na tablicach, kamieniach, czy uobecnia się w inny materialny sposób.

Nie zawsze tak było. Również przeszliśmy drogę od milczenia po wolność wypowiedzi, w tym odkrywania bardziej złożonego świata niż ten powojenny, o monokulturowym charakterze.

Ukraińcy ciągle próbują wyzwolić się z tego ducha postsowieckiego. Bardziej zrozumiałam to, starając się studiować ten temat. Wcześniej nigdy specjalnie nie interesowałam się historią, nie pracowałam w takim obszarze zagadnień. Zainteresowały mnie puste, inne, zdziczałe miejsca. Sposób poruszania się w przestrzeni – tej nowej i tej znajomej.

Stworzone przez ciebie znaki stylistycznie wpisują się pomiędzy mozaikę sakralną a antropologię codzienności. Ot, niby zwyczajne znaki drogowe, które mijamy każdego dnia. U ciebie znaki znaczą więcej. Nawiązujesz do mozaiki i swojego rodzaju gry kolażu, jaką stosuje w sztuce ulicznej Ołeksandr Maksymow?

Naturalnie! To są te same fascynacje! Nawiązania do mozaiki – dla mieszkańców krajów postsowieckich – zwykle kojarzyły się z romantyzacją ideologiczną, wskazaniem drogi, a tutaj odwrotnie, te znaki nie wskazują niczego niezwykłego, normalnego szlaku, raczej funkcjonują jako symbole. Pewnego dnia będąc na Osiedlu im. Juliusza Słowackiego, zobaczyłam mozaiki wykonane ze szkła farbowanego. Pomyślałam, dlaczego nie spróbować tej formy. Chodziłam do szklarza po szkło na ulicę Kowalską 10. Otrzymywałam tam resztki materiału i potem indywidualnie farbowałam.

Wystawa podzielona jest na dwie części. W piwnicy można zobaczyć miejsca zniekształcone, niebezpieczne. Pojawia się też dokumentacja Clemensa Poole’a, amerykańskiego artysty od kilku lat mieszkającego w Kijowie.

Ostatnio ta estetyka stała się rozpoznawalnym nurtem wśród ukraińskich artystów. Dziś istnieje mnóstwo Instagramów o tej tematyce. Jednak Clemens wyraźnie zapoczątkował ten trend, robiąc całe serie zdjęć tego rodzaju zjawisk „komunalnych instalacji”, będących po części śmiesznymi i tragicznymi, ale przez to właśnie manifestującymi swoje istnienie. Jestem mu wdzięczna za zgodę na udział w wystawie.

Nie funkcjonuje na to żadna nazwa?

Kawałek przestrzeni miejskiej to swoista sztuka komunalna (śmiech). Pracownicy komunalni coś takiego robią, nie myśląc, że to absurd. W konsekwencji wychodzi niezamierzona „sztuka”. Magda Linkowska wymyśliła na to określenie, które bardzo mi przypadło do gustu ze względu na swoją poetykę jako „konstelacje taśm”.

Jedna z pierwszych prac wyróżnionych na ekspozycji odwołuje się do kierunków świata. Dlaczego akurat rozdroża?

Przed nami otwarte są wszystkie szlaki i nic prostszego: wybrać jeden z nich. Ale na rozdrożu najważniejszy jest właśnie wybór i moment jego dokonania – decyzji – chciałam zaakcentować. Rozdroże to moment wyboru.

Jako artystka pozostawiasz znaki „turystom” czy wolisz zostawiać wybory odbiorcom?

Po prostu odsłaniam i szlaki, i siebie. Zawsze tkwi w tym indywidualny proces psychiczny twórcy, lecz w moim przekonaniu odzwierciedlam przede wszystkim ogólnoludzkie doświadczenie. Każdy może się w tej wystawie rozpoznać.

Jak dochodziłaś do rozpoznania tego swojego i nie-swojego miejsca?

W opowieści Saint-Exupéry’ego pojawia się kapelusz, który nie jest kapeluszem. Tak widzimy miejsce, które nie jest tym, czym nam się wydaje. Na etapie poszukiwań sposobu pracy z tym fragmentem przestrzeni rysowałam, bo to czasem pomaga. Dzięki szkicom zrozumiałam, co mi to miejsce przypomina. Szkicowanie też stanowi proces rozumienia. Wszyscy pewnie pamiętają fragment z Małego księcia, który zilustrował mi zasadę, co dzieje się w krajobrazie: „Pokazałem swoje arcydzieło dorosłym i spytałem, czy ich przeraża. — Dlaczego kapelusz miałby być przerażający? — odpowiedzieli (…) Wobec tego narysowałem wnętrze węża boa, aby dorośli mogli to zrozumieć”. I tak samo często my nic nie wiemy o mijanych czy zamieszkiwanych przez nas miejscach, ich historii, nie widzimy ich podskórnej tkanki, która żyje, i funkcjonują w niej różne znaczenia. Mimo wszystko niesamowite jest to, że jednak możemy miejsce oznaczyć.

Na tej wystawie, w części piwnicznej, końcowy znak zupełnie różni się od reszty…

Znak odwołania wszystkich zakazów i ograniczeń, zrobiony z kawałków lustra. Przypomina świecącą i błyszczącą na dyskotece kulę. W momencie, kiedy jej się przyglądamy, odbicie człowieka rozpada się na kawałeczki. Znak został wykonany na postawie znaku drogowego, jaki stosuje się w Rosji, czy Skandynawii. Trochę wydaje się być podobny do mojego wyjściowego znaku, do którego się odwołuję na wejściu – rozdroży. Kiedy kończą się wszystkie zakazy i ograniczenia, robi się niewesoło.

Czyżby wizja „przybliżeń, stacji i etapów po drogach naszego życia, jak ułamki potłuczonego zwierciadła”? Będziemy zbierali tylko fragmenty, nie mogąc licząc na całość, na integralny obraz świata, mimo znaków, które wytwarzamy? Te znaki końca zakazu są niemalże w całym świecie.

Nie myślałam o tym w ten sposób, ale rzeczywiście chodzi mi o ten twórczy sens. Droga, po której dowolnie możemy się poruszać, bo zniesiono na niej wszystkie znaki, staje się mniej bezpieczna. Nie wiemy, jak podążać dalej.

Miałaś solidne wsparcie kuratorskie podczas wystawy.

Magda Linkowska była niesamowita. Pomogła na wszystkich etapach. Podsunęła mi pewne rozwiązała i pozwoliła zrozumieć, co u was znaczy SIM (System Identyfikacji Miejskich).  Bardzo mi się podoba, co robi jako kuratorka, cenię projekty, które realizuje.

Niedługo wracasz do domu. Co weźmiesz ze sobą z Lublina?

Zachowam Lublin jako część swojego wewnętrznego miasta, jedną z najpiękniejszych i najważniejszych części. Pozostaję pod wielkim wrażeniem tutejszej naturalnej interakcji sztuki z przestrzenią miejską, że tego rodzaju działania mogą być całkiem oczywiste. Zdobyłam własne, nowe doświadczenia pracy w tym kierunku. Cenne jest dla mnie doświadczenie komunikacji z wieloma wspaniałymi ludźmi. I brzmienie na ulicach języka polskiego, który tak bardzo lubię, jak muzykę…

Kultura Enter 2021/2022
nr 101

Fotoreportaż z wernisażu: Diana Kolczewska.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Clemensa Poole'a.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Clemensa Poole'a.

Pokazałem swoje arcydzieło dorosłym i spytałem, czy ich przeraża. — Dlaczego kapelusz miałby być przerażający? — odpowiedzieli. Mój rysunek nie przedstawiał kapelusza. Przedstawiał węża boa trawiącego słonia. Wobec tego narysowałem wnętrze węża boa, aby dorośli mogli to zrozumieć. Zawsze trzeba im wszystko wyjaśniać. (Saint-Exupéry)