ROZMOWA. Ostatni dzień pokoju
Rozmowa z Jarosławem Ilczyszynem – lwowskim filmowcem, wolontariuszem dostarczającym pomoc humanitarną i współpracownikiem redakcji Kultury Enter
Krzysztof S. Bąk: Pamiętasz ostatni dzień pokoju – 23 lutego?
Jarosław Ilczyszyn: Tak, spędziłem go całkiem sympatycznie.
Byłeś wtedy we Lwowie?
Tak. Wybrałem się do kina.
???
Przecież nikt nam oficjalnie wojny nie wypowiedział i nie znaliśmy daty inwazji. Wróciłem późno, bo około 2 w nocy. O godzinie 4:40 obudził mnie telefon, dzwonił kolega, który zazwyczaj pracuje w późnych godzinach. Należał do tych, którzy do końca nie wierzyli w żadną wojnę. Często rozmawialiśmy, z uśmiechem i dystansem przyjmował moje (i nie tylko moje) pesymistyczne wizje. „Wojna jest nierealna!” Ale to właśnie on zadzwonił do mnie z tą „nierealną” wiadomością, że właśnie Rosjanie przekroczyli granice i spadają pierwsze bomby na miasta. Zaraz potem wyszedłem z domu.
Jak wyglądała ulica?
Uderzał obraz ludzi zdezorientowanych, przygnębionych, każdy pytał wzrokiem: co dalej? Inne miasto, inni ludzie.
W przekazach przed wojną z kręgu najwyższych władz Ukrainy nie dochodziły głosy o tym, że inwazja Rosji jest pewna i lada moment nastąpi. U nas, w Polsce, dominował przekaz o stałej taktyce Rosji opartej na zastraszeniu, ale ostatecznie zawsze to blef, bo komu dzisiaj opłaca się wojna.
Wołodymyra Zełenskiego pytano o ten brak komunikatu, brak jednoznacznej informacji, że inwazja nastąpi w najbliższym czasie i należy się do tej sytuacji przygotować. Zasłaniano się tym, że obawiano się paniki, obawiano się np. paraliżu dróg. Rzeczywiście należy wziąć pod uwagę takie obawy, ale czy powinny być decydujące? Przecież wiadomość tak trudną można zakomunikować inaczej, mając na względzie zminimalizowanie negatywnych skutków. Muszę podkreślić, że właściwie nas, mieszkańców Lwowa, na wojnę przygotował Andrij Sadowy [prezydent Miasta Lwowa]. Jego rola była bardzo duża. Stawiał sprawę jasno: wojna będzie i musimy się do niej przygotować. Mówił o tym na miesiąc przed rozpoczęciem agresji. Ludzie mają do prezydenta zaufanie – rzadki przypadek, kiedy jednak politykowi coś takiego uda się wypracować. Ale tutaj ta wiarygodność zadziałała. Trzeba więc pomyśleć o agregatach, schronach, punktach zaopatrzenia, dostępie do wody. Pojawiły się więc wcześniej informacje o schronach: kiedy należy do nich schodzić, gdzie są rozlokowane. Kto z nas kiedykolwiek był w schronie? Jak wygląda ich plan? Gdzie znajduje się ten najbliższy? Zaczynała się nowa rzeczywistość, której schron stawał się częścią codzienności mieszkańców.
W którym momencie postanowiłeś, że pojedziesz do Polski?
Myślałem o bliskich, o ich bezpieczeństwie. Chciałem zabrać swoją babcię do Lublina. Miała złamaną rękę, więc wiedziałem, że jeśli otrzymam wezwanie do wojska, nie będę mógł jej pomóc, bo nie będzie mnie na miejscu. Trzeba było to uporządkować. Chociaż cały czas czułem rozdarcie w związku z wyjazdem.
Jak wyglądała wtedy sytuacja na drogach?
Przypominały się obrazy z filmu I Am Legend. Ujawniały się najbardziej prymitywne instynkty. Każdy myślał o sobie. Mówię o tym, co widziałem. Wspominam te obrazy jako najgorsze chwile. Z drugiej strony, niezwykłym wręcz widokiem – zupełnie innym wobec tej przygnębiającej rywalizacji o miejsce w kolejce do granicy – byli ukraińscy czołgiści. Żołnierze podążający w odwrotnym kierunku. Ich spokojne i opanowane ruchy, brak jakiejkolwiek nerwowości, rutynowe sprawdzanie sprzętu. Miejscowi przynosili im jedzenie. Przystawali często obok swoich domów, jakby kompletowali ostatnie zaopatrzenie. Przygotowywali się do walki z drugą armią świata, a jednocześnie te czynności były czymś bardzo zwyczajnym jak poranna kawa. Dwie inne rzeczywistości: ludzi w samochodach i ludzi w czołgach. Później pojawiało się coraz więcej sprzętu, braliśmy także pod uwagę wejście od strony Białorusi.
Im bliżej granicy, tym nerwowość rosła?
Walka o ogień. Mijały nas setki samochodów. Handlowano miejscami w kolejce, domniemane trzymanie kolejki, znane praktyki. W końcu, żeby egzekwować jakikolwiek porządek ustawiliśmy się na drodze z kolegami, wywierając nacisk i nie przepuszczaliśmy kolejnych aut.
Ostatecznie, zdecydowałeś się na powrót do Lwowa. Co działo się w kolejnych dniach w samym mieście?
W Dnipro czy w Charkowie miały miejsce akty dywersji i każde większe miasto było narażone na takie działania. Musieliśmy od tej strony zabezpieczyć niektóre obiekty we Lwowie. Szybko utworzono punkty weryfikacyjne, żeby nikt niepowołany nie mógł przedostać się na teren przez nas pilnowany. Dla jednego z większych przedsiębiorstw, na trzy tygodnie przed wojną, miałem zaplanowane nagrywanie filmu. Teraz w nowej sytuacji otrzymałem od nich sygnał, że mogą być narażeni na działania dywersyjne i potrzebują ludzi do patrolowania. Później przeszliśmy na inny obiekt.
Patrzyliśmy na obrazki z walk pod Kijowem, przemówienia prezydenta Zełenskiego i zapewnienia rządu o obecności w kraju. Jakie były oceny sytuacji w pierwszych tygodniach walk?
Widok BTR-ów na ulicach Kijowa, rosyjskich śmigłowców na przedmieściach, wiadomości o desancie na lotnisku Hostomel – takie informacje dochodziły do nas na początku. Wtedy każdemu wydawało się, że stolica może zostać zajęta. Przeprowadzili bombardowania zachodnich lotnisk. Strach, niewiedza, co będzie dalej, ale obok pesymistycznej rzeczywistości i czarnych scenariuszy była wiara, że dopóki walka trwa…
W miastach zachodniej Ukrainy pojawiały się alarmy bombowe, jak wspomniałeś, schron stawał się częścią codzienności. Jak mieszkańcy Lwowa się w tym odnajdowali?
Początkowo nie było potrzeby dyscyplinowania. Ludzie stosowali się do alarmów i schodzili do schronów. Później już sytuacja się zmieniła. Trudno jest schodzić do schronu dziesięć razy na dzień. Zresztą działa tutaj przyzwyczajenie, osłuchaliśmy się z alarmami. Chociaż wiem, że są miejsca, gdzie na każdy alarm ludzie schodzą. W nocy i w dzień.
Jak daleko masz „swój” schron?
8 minut „spaceru”, można też dojechać rowerem – będzie szybciej. Bliżej jest parking podziemny, ale z parkingami bywa różnie, nie każdy posiada dwa wyjścia, a ten wymóg powinien być spełniony.
Mówiłeś, że z czasem dyscyplina rozluźniła się. Ale pozostanie w domu podczas alarmu zawsze grozi śmiercią.
Kiedy słyszysz pocisk, później uderzenie, w tym momencie myślisz, gdzie są bliscy. Oczywiście, mam przygotowany plecak z niezbędnymi rzeczami, racje żywnościowe, powerbanki, latarki, cieplejsze ubrania. Zabieram komputer, plecak i mogę kierować się do schronu. Nie zawsze jednak schodzę. Wtedy jest wyczekiwanie i owszem jakiś strach. Pomagają nam aplikacje, w których szybko pojawiają się współrzędne, gdzie udało się rakietę zobaczyć. Powstało wiele aplikacji, które pomagają ludności cywilnej przetrwać czas wojny.
A co z osobami, które mają utrudnione poruszanie się i nie mogą dotrzeć szybko do bezpiecznych miejsc?
Moja babcia ma wyznaczone miejsce w mieszkaniu, które jest najbezpieczniejsze. Okolice ściany nośnej, z dala od okien.
Twoja babcia pamięta drugą wojnę światową?
Choć samej wojny nie mogła pamiętać, pamięta czas powojnia, kiedy deficyt wszystkiego był ogromny. A same wydarzenia tamtej wojny znała z opowiadań swojego męża, starszego od niej o kilka lat.
A w obecnej wojnie jaki deficyt doskwiera mieszkańcom miast?
Brak prądu dla wielu ludzi jest uciążliwy, szczególnie dla osób spędzających dużo czasu w mieszkaniu. Ale są miejsca, gdzie jest on kwestią życia. Zdarzały się w szpitalach – co można zobaczyć na fotografiach – operacje przy świeczkach.
Wojna to przede wszystkim śmierć ludzi. Za każdą stratą jest konkretna osoba i jej historia.
Wtedy tak naprawdę czuje się bliskość wojny i nieistotne ile kilometrów dzieli nasze miasto od linii frontu… Poczułem to, kiedy zginął mój przyjaciel. Studiowaliśmy razem geografię, był dobrze wyszkolonym żołnierzem. Odbył służbę wojskową z własnej woli, dobrze się czuł w kolorze khaki, w militarno-surwiwalowym stylu. Jednocześnie był otwarty na naukę, z determinacji wrócił na geograficzne studia, jego ojciec, znany geolog, przekazał mu szeroką wiedzę. Przemarzał samotnie teren, mając w plecaku farbę do znakowania szlaków i niezbędne narzędzia do tego, nie używał namiotu – zajmował zbyt wiele miejsca w ekwipunku. Radził sobie tak kilka tygodni. Bear Grylls, tyle że bez towarzyszącej ekipy filmowej. Wytrzymały fizycznie i psychicznie, aby tak wiele czasu spędzać samotnie, trzeba mieć odpowiednie cechy. Organizował wielotygodniowe spływy i brał również w nich udział. Wspominam dzisiaj nasze rozmowy w Karpatach, badaliśmy wtedy jakość wody w rzece Prut. Sklep od naszego obozu dzieliło kilkanaście kilometrów, więc mieliśmy czas na rozmowę – mówił, że wojna będzie, że powinniśmy się przygotować do niej, dlatego każdy powinien posiadać wycinek wiedzy przypisany do pełnionej funkcji i doskonalić się w tym. Nie rozumiałem, o czym on mówi, a on z kolei nie rozumiał mojego sceptycyzmu. Tydzień przed wyzwoleniem Chersonia, został ostrzelany hangar, w którym był jego pododdział.
Horyzont zniszczeń jest dookoła, jest w samych ludziach. Jaki teraz jest przekaz medialny w czasie wojny?
Programy są różne, ale również śledzę te, o których wiem, że mają jakiś przekaz pozytywny, możemy nazwać go propagandowym. Ale jest nasz obecny punkt spojrzenia jest nieco inny, prowadzimy wojnę z krajem o większym potencjale – przynajmniej przed wojną wielu podkreślało. Wiem, że negatywne dla nas wydarzenia w czasie toczącej się wojny dzieją się, i takie informacje trafią do ciebie, tak jak trafiły do mnie informacje o śmierci moich bliskich kolegów. Co będzie za dwa miesiące? Co będzie za pół roku? Nawet gdybym miał iść do ostatniej walki, prawda nie byłaby dla mnie najważniejsza, jeśli ta prawda unicestwi wiarę. Nie chciałbym wiedzieć, że coś co robię nie odwróci ostatecznej klęski. Wtedy działania stają się niemożliwe, duch upada. Wiara jest niezbędna.
Spacer ulicami Lwowa może zakończyć się tragicznie, słyszymy i widzimy rakiety, w naszych telefonach odczytujemy informacje, czy już nastąpiła eksplozja, w którym miejscu, jakich zniszczeń dokonała.
Społeczeństwo jest bardzo zaangażowane, ludzie śledzą na bieżąco informacje. Wiele z nich jest na wagę życia, dosłownie, musisz wiedzieć, żeby swoje szanse na przeżycie zwiększyć.
Postawa Zełenskiego i jego najbliższego otoczenia pozwoliła utrzymać wysokie morale w społeczeństwie i w armii.
Jego decyzja pozostania w Kijowie w krytycznym momencie wpłynęła na każdego żołnierza. W Rosji oczywiście już wtedy rozpowszechniano informacje, że Zełenski uciekł. Wojna jest wysiłkiem całego państwa i każda części oddziałuje na pozostałe.
Jesteś z wykształcenia geografem, zajmowałeś się też wpływem człowieka na ekosystemy. Jak ty – jako ekolog – widzisz skutki tej wojny?
Skala tych zniszczeń jest ogromna, a ich wpływ dopiero będzie przedmiotem badań po zakończeniu wojny, choć już próbowaliśmy otworzyć projekt opisujący te skutki. Żeby wykonać pomiary skażenia gruntu, musimy oczyścić ziemię z min. Dla zobrazowania zniszczeń powiem tylko, że są miejsca, poddane intensywnym działaniom wojennym, gdzie jedynymi złożonymi organizmami pozostali walczący ludzie, poza nimi może przetrwały jeszcze stawonogi i niewielkie kręgowce.
Z Jarosławem Ilczyszynem rozmawiał Krzysztof S. Bąk w styczniu 2023 r.
Kultura Enter 2023/24
nr 107-108


