Strona główna/FELIETON. prowincja globalna

FELIETON. prowincja globalna

Andrzej Jaroszyński

Pewne terminy przestają być najpierw modne, potem dyskutowane, aż w końcu idą w zapomnienie i stają się „passe”. Jednym z takich pojęć jest słowo „prowincja”. Jeszcze niedawno wywoływało ono rumieńce wstydu lub gest odrzucenia. Nikt nie chciał być prowincjuszem, a ci, którzy wyrwali się z okowów peryferyjnych, ciągle żyli w strachu przed odkryciem ich pochodzenia lub jego znamion w postaci na przykład butów ze słomą.

Ciągły rozwój swobód demokratycznych, coraz większy dobrobyt i lepsze samopoczucie mas pracujących całego kraju, łącznie z pracującą inteligencją, niejako w sposób naturalny zmniejszyły pejoratywny charakter tego pojęcia, a z kolei, – co ciekawe – nadawały negatywne lub ignorujące zabarwienia takim słowom jak: elity, metropolie, stolice supermocarstw.

Określenie „prowincja” przestało mieć znaczenie nie dlatego, że jego desygnat przestał istnieć, ale dlatego, że centra zamieszkane przez dawnych prowincjuszy lub ich dzieci chciały szybko zapomnieć o miejscu pochodzenia. Jednocześnie ich nowa tożsamość pogrążona w egalitaryzmie i płynnej innowacyjności nadała temu określeniu bardziej tolerancyjny, miękki wydźwięk.

Niewątpliwie także status byłych peryferii zmienił się dzięki nowym środkom komunikacji i postępowi technicznemu. Kto obecnie pamięta takie określenia jak: „kaczy dół”, „wygwizdów”, „pipidówka” lub „partykularz”? Nie ma już wśród nas zacofańców, wsiochów alias wsioków, grubianinów, nuworiszów czy abderytów. Trafiają się chamidła i buraki, niekoniecznie jednak na bazarze lub na wsi. Nazwy te zniknęły, ale nie zniknęła podstawowa cecha prowincjonalizmu, czyli ciągłość naśladownictwa. Środowiska wiejskie wciąż upodabniają się do podmiejskich, miasta średnie wzorują się na stolicy, a stolice na światowych metropoliach. W większości przypadków jest to niejako podwójna wtórność. Najbliższe otoczenie naśladuje nowe trendy przychodzące z „najbliższej zagranicy”, które z kolei podążają za wielkimi ośrodkami międzynarodowymi. Poprawność postępu nakazuje, by nie dyskryminować naśladujących, a jednocześnie wywyższać naśladowanych. Dobrym przykładem jest nagminne (czyli głównie w gminach) kupowanie podróbek. Robią to wszyscy, więc nie ma w tym nic złego, gdyż nie ma większego znaczenia, czy nieliczni kupują oryginalne (i drogie) produkty, czy też, jako część większości, ich kopie, wykonane gorzej, ale za to znacznie tańsze.

W wymiarze indywidualnego buntu przeciwko grupowemu małpowaniu, najczęściej dochodzi do zwycięstwa komercjalizacji lub poprawności politycznej. Natomiast ucieczka przed naśladownictwem w wymiarze społecznym polega głównie na zagrzebywaniu się w lokalnych sprawach, próbach rekonstrukcji lub re-mitologizacji przeszłości przez lokalnych entuzjastów i oryginałów. Wymyślanie lub idealizacja prowincji jako miejsc magicznych, pełnych inicjacji poetyckich i pomysłów wyprzedzających historię od czasu do czasu porywa artystów i naukowców wędrujących po starych uliczkach i jeszcze starszych miejscach pochówków.

Bunty i dziwactwa zawsze są domeną mniejszości. Natomiast pewną formą pogodzenia się z życiem płynącym w oddali od Pałacu Kultury i Sztuki jest znana osobom zamkniętym niegdyś w PRL-u, tzw. emigracja wewnętrzna. Obecnie jest tak modna w wyższych sferach postprowincjonalnych, że nazywana jest niezależnością, szerokim horyzontem lub otwartością. Polega ona po prostu na interesowaniu się wszystkimi ważnymi narracjami, oprócz spraw lokalnych. Oczywiście, życie towarzyskie zapatrzonych w obcy wspaniały świat ciągle pleni się wśród znajomych, najczęściej w dobrze zaopatrzonych kapliczkach. Natomiast owi wybrańcy miejscowych konsumentów czytają głównie literaturę obcą, często w oryginale, oglądają zagraniczne filmy i wyjeżdżają za granicę, aby odetchnąć od miejscowej szarzyzny. Mieszkają lokalnie, ale duchem, a nawet gustami (kulinarnymi), żyją globalnie. To właśnie doświadczenia stolicznej i światowej kultury są tematem wyrafinowanych rozmów przy włoskim winie i francuskim kiszu. W duchu podziwu dla innego, ignorują świat otaczający, także po to, aby nie padł na nich cień peryferyjności. Ponieważ stanowią mniejszość zagrożoną rabacją większości, pilnie przestrzegają zasady wzajemnej adoracji, laudacji i hagiograficznych występów. Może słusznie, gdyż to gdzie indziej toczy się walka i spory oraz zapadają decyzje o najważniejszych sprawach ziemskiego padołu. Tego rodzaju wewnętrznej emigracji towarzyszy – nieraz pod przykrywką postępowych haseł – postawa ojkofobii, czyli kwestionowania lub w skrajnych przypadkach niechęć do narodowych i lokalnych przyzwyczajeń, wyrażana nieraz powiedzeniem: tam moja ojczyzna, gdzie mi dobrze.

Tymczasem powszechni konsumenci kultury, niezdatni ani do rekonstrukcji, ani do wewnętrznej emigracji, oczekują w dalszym ciągu dwóch narracji, dwóch bajkowych opowieści, tak typowych dla mentalności obywatelek i obywateli oddalonych od ośrodków władzy i kultury. Jedna mówi o oszałamiającej karierze byłych mieszkańców peryferii za granicą, a jeszcze lepiej za wielką wodą. Ta opowieść podtrzymuje pobożne życzenie o ważności (nieraz zapomnianej) prowincji jako miejsca urodzenia ludzi sukcesu. Daje także nadzieję, szczególnie młodym, że z każdego miejsca można wyfrunąć i osiąść na międzynarodowych laurach i wielkich pieniądzach. Druga narracja oczekuje sentymentalnych wizyt rozmaitych sław i celebrytów ze stolicy, a jeszcze lepiej z zagranicy. Ich pobyt w miejscowości minorum gentium potwierdza jego atrakcyjność i znaczenie, którymi cieszy się wśród szanownych gości. Czym bliżej owe osobistości znajdują się centrum środków masowej prezentacji, tym lepiej dla niknącego blasku zapadłego ustronia.

Najbardziej cenioną kombinacją jest powrót sławnych córek i synów do ojczystych stron, często do miejsc dzieciństwa, których już nie ma, i które (często po kryjomu) z ulgą opuszczają tak, jak to czynili ich rodzice. Oznacza to, że ze wsi miasteczek i miast wędrować będzie nieustannie sznur młodych, ambitnych i (niekiedy) zdolnych obywateli do większych ośrodków. Stąd, aby ułatwić im asymilację i nie zaperzać nowoprzybyłych, słowa „prowincja” nie należy używać. Również dlatego, że mieszkańcy dużych aglomeracji wcale nie mają chęci służyć za wzór lub pełnić rolę przewodnika, a nie daj Boże spełniać jakieś przestarzałe misje przybliżania peryferii do centrum. Może właśnie dlatego przyjęto milczącą zasadę, że skoro wszędzie jest prowincja, nigdzie jej nie ma. Pozostały jeszcze „słoiki”, ale wiadomo, jak bardzo ostrożnie trzeba się obchodzić ze szkłem.

Współczesne podległości centrów, czyli peryferie, nie są jednakże miejscem kulturalnego ani społecznego bezruchu. Głównie dzięki młodym aktywistom NGO-sów korzystających umiejętnie z funduszy europejskich, warszawskich i miejscowych. Jedni podążają ścieżkami kreatywnego naśladowania zewnętrznych sponsorów, inni przemierzają szlakami regionalnych tradycji. Działają głównie dla własnych środowisk i fundatorów, goszcząc (nieraz z konieczności) przedstawicieli tutejszej i stolicznej starszyzny. Niestety, niewdzięczne rzesze mieszkańców nie tylko wiosek, miasteczek, ale i miast nie są zainteresowane ani lokalną wersja festiwalu sztuki nowoczesnej w Wenecji, ani rekonstrukcją performansów bandażowania tubylczych drzew. Stąd też władze miast i miasteczek, w ramach służby ludu, prześcigają się w różnego rodzaju jarmarkach, bazarach, festiwalach, tygodniach itp., wymyślając lub wygrzebując z przeszłości różne potrawy, narzędzia i zwierzęta, ku czci których owe świeckie odpusty się odprawiają. W tym procesie schlebiania większości wyborców można zobaczyć skoki narciarskie w postępowej telewizji i porady kulinarne w wyrafinowanym tygodniku dla inteligencji katolickiej.

Siła prowincji polega więc na wyższości procesów kontynuacji nad zmianami, większości nad mniejszością, powolnego tempa nad szybkością. Prowincja ulega zmianom zachodzących na zewnątrz, ale z natury rzeczy rzadko generuje reformy, wprowadza na stałe wynalazki i nowości z samej siebie. Z biernością łączy się następna cecha tradycyjnej (wypieranej z globalnej świadomości) prowincji, a mianowicie przywiązanie do powtarzalności. Bo przecież ciągłe powtarzanie uroczystości, obyczajów i zasad, ale także indywidualnych czynności napawa poczuciem bezpieczeństwa i dumy z tego, co znane, nasze i zawsze istniejące.

Lublin, „na ten przykład”, stał się przedmiotem olbrzymich zmian, ale z drugiej strony nie stanowił podmiotu systemowych nowości i innowacji czy rewolucyjnych przemian. Nie przestał być miastem drugorzędnym, ale uroczym, spokojnym, przeto wychwalanym przez incydentalnych gości, wpatrzonych w przeszłość swojskiej i przyjaznej różnorodności.

Najnowsza historia dwudziestowieczna targała obliczem i kondycją miasta bez umiaru i bez miary. Lublin, jako stolica carskiej guberni, rozwijał się dzięki lenistwu rosyjskich urzędników, pomysłowości miejscowej ludności, pracowitości i kompetencjom niemieckich przybyszów oraz mniejszości żydowskiej. W okresie międzywojnia stał się miejscem narodzin dwóch wyznaniowych uczelni, pokaźnego ruchu lewicowego i początków przemysłu lotniczego, a także miejscem powstania najpiękniejszych wierszy o urodzie tego miejsca. I kiedy wydawało się, że gród nad Bystrzycą jest w stanie wykreować własną tożsamość i wyrazistość, przyszła wojna. Przyniosła ona zagładę Żydów, zdziesiątkowanie inteligencji, ogołocenie klasy mieszczańskiej oraz zdławienie ruchu oporu nie przez Niemców, ale wyzwolicieli z Moskwy i ich kolaborantów, którzy ustanowili tu swoją pierwszą stolicę – fakt do dziś wstydliwy, nawet dla byłych budowniczych PRL, a wypominany do dziś przez ich adwersarzy. Po wojnie dwa uniwersytety – jeden służący Partii, a drugi Kościołowi – wpisywały się osobno w życie miasta, w którym młoda klasa robotnicza, zupełnie nieoczekiwanie, jako pierwsza w kraju wstała z kolan i podniosła pięść na państwowych pracodawców. Paradoksalnie Lubelski Lipiec 1980 roku – jedyny przypadek własnego sukcesu – pozostaje w zapomnieniu, szczególnie w porównaniu z dalszymi wydarzeniami w Gdański i Szczecinie, natomiast narzucenie przez armię czerwoną z grupą kolaborantów stolicy w Lublinie w dalszym ciągu istnieje nie tylko w społecznej świadomości, ale także w funkcjonującym w kraju wizerunku miasta.

Nowe czasy przyniosły zwiększenie dobrobytu, modernizację Koziego Grodu, czystość toalet i bogatą ofertę kultury użytkowej. W kulturze wysokiej miasto z dumą wylicza dokonania minionej epoki: lubelską (a właściwie tomistyczną) szkołę filozoficzną, Grupę „Zamek”, studenckie teatry na czele ze Sceną Plastyczną KUL, a w dokonaniach infrastruktury m.in. zielony LSM i miasteczko uniwersyteckie UMCS. Mniej entuzjastycznie miejscowi kronikarze wspominają o najdłużej budującym się centrum kultury, o pomniku Bieruta i o sołdacie łakomie wpatrzonym w zegar na placu Litewskim. Nowy Lublin jest oczywiście ładniejszy, z odnowionym Starym Miastem, kościołami, placami, ośrodkami kultury itp. Miasto nie wykreowało jednakże żadnej pierwszoplanowej postaci, promieniującej lub wyznaczającej nowy kierunek w świecie literatury i sztuki. Miasto także nie przydało krajowi żadnej nowej instytucji lub grupy twórczej – oprócz prób wykreowania magicznego tudzież „kultowego” Lublina, np. w Teatrze NN, głównie na użytek własnej kultury lokalnej. Nie słychać też o nowych uczonych, prądach lub wynalazkach w naukach społecznych i ścisłych. Warunki wszędzie są lepsze, bardziej nowoczesne, poziom kultury i nauki coraz wyższy, ale bez własnego „pałacu”, bez innowatorskich dokonań na skalę krajową, europejska lub światową. Niestety, wielki zapał i ciekawe projekty, związane z kandydowaniem Lublina do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury, osłabiły i ostudziły wielu entuzjastów.

Natomiast, jak większość optymistów utrzymuje, ogólny postęp i nieustająca modernizacja, ograniczona do wielkich miast i metropolii, ale otoczona peryferiami ubóstwa i zacofania byłyby powierzchowne i niesprawiedliwe. Korzyści z rozwoju powinny być także udziałem byłej prowincji, czyli obecnie tzw. miejsc partnerskich. Jeśli oznacza to prymat kreatywnego naśladownictwa nad biernością i bezruchem, wróży to dobrze i przyjaznym centrom, i przyjaznym peryferiom.

26.09. 2023
Andrzej Jaroszyński

Kultura Enter 2023/24
nr 107-108

Okna chaty Stefana Żeromskiego w Nałęczowie, Oddział Muzeum Narodowego w Lublinie.