Strona główna/WSPOMNIENIE. Unia lubelsko-wileńska

WSPOMNIENIE. Unia lubelsko-wileńska

Jadwiga Mizińska
Unia lubelsko-wileńska. Repetytorium z życia

1. Epizod

Czym jest epizod? Dla kogo coś jest epizodem na tle większej całości?  Ksiądz Alfred Wierzbicki, filozof, etyk i poeta, wspomina w tekście pt. Świeca jako remedium na upór i uprzedzenia*:

Było to jesienią 1991 roku. Jako świeżo upieczony doktor filozofii, dopiero co zatrudniony na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, wybrałem się na konferencję na Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, w której licznie uczestniczyli Litwini. Chciałem spotkać Tomasa Venclowę, otrzymywał doktorat honoris causa, a konferencja u filozofów towarzyszyła tej akademickiej uroczystości. Choć nie było to łatwe, krótko przed rozpoczęciem konferencji udało mi się umówić z poetą na wieczorne spotkanie w hotelu. Zadowolony z osiągnięcia celu poszedłbym już do domu, gdyby nie zachęta Profesor Ireny Sławińskiej, którą znałem i bardzo ceniłem, abym uczestniczył w tej sesji. Weszliśmy razem na salę i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Profesor Jadwigę Mizińską, zagajała obrady. Bez epizodu ze Sławińską na korytarzu gmachu humanistyki nie byłoby epizodu z Mizińską, może poznałbym ją później, a może wcale. Epizod z okazji pobytu Venclowy na UMCS okazał się czymś w rodzaju kłącza, rozrastał się w różne strony. Poznałem Mizińską i od razu bardzo się polubiliśmy. Poznałem także jej gości z Wilna: Dalię Stanciene, Laimute Jakovonyte i Basię Nikiforovą. Szybko skorzystałem z ich zaproszenia i dałem się wciągnąć do współpracy z tym środowiskiem, jeździłem do Wilna na konferencje, publikowałem w ich piśmie „Logos”. Bez Jadwigi nie byłoby moich wileńskich epizodów intelektualnych. Nie żałowałem, że dałem się namówić Profesor Sławińskiej do skorzystania z konferencji. Obydwoje byliśmy pod wrażeniem teatralizacji obrad i moderatorskiego talentu gospodyni tej konferencji. Na stole, przy którym siedzieli paneliści, Jadwiga Mizińska postawiła świecę. Gdy spór polsko-litewski nasilał się emocjonalnie, uczestnicy zaczynali się wręcz kłócić, wówczas gasiła świecę, ale kiedy znowu zaczynali słuchać swoich wywodów i próbowali rozumieć, jakie doświadczenia mogą stać za poglądami i opiniami, zapalała ją. Było to pasjonujące, bo świeca coraz rzadziej gasła. Stała się ona remedium na upór i uprzedzania, posuwała do przodu trudny dialog.

Dopiero po przeczytaniu tego tekstu, a właściwie jego fragmentu, zorientowałam się, jakie spustoszenie spowodował mój udar. Pamiętałam wydarzenie (i okoliczności jak do niego doszło) z 1991 roku związane z nadaniem tytułu honoris causa Tomasowi Venclowie na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. Dzięki ks. Alfredowi wróciły wspomnienia zagubionych detali.

Zaraz po przyznaniu Czesławowi Miłoszowi Nagrody Nobla, odbył się triumfalny objazd poety po Polsce. Razem z mężem Janem staliśmy w tłumie ludzi na dziedzińcu KUL, zebranych wokół pomnika Kardynała Wyszyńskiego, klękającego przed Janem Pawłem II. Nieopodal zbudowano prowizoryczne podium dla organizatorów. Z daleka było widać rosłego głównego bohatera, a obok mikrego Wałęsę. Ponieważ mikrofon zaczął charczeć, Lech szybkim ruchem wydobył z kieszeni mały śrubokręt i go przykręcił. Dostał za to owację. Nie pamiętam przemówienia noblisty, którego sylwetkę zasłaniała dziewczyna siedząca na ramionach Wacka Białego i… piłowała paznokcie. Nie mieściła mi się w głowie taka przewaga kosmetyki nad poezją.

Spotkania z Miłoszem na KUL, także nad grobem Józefa Czechowicza na Lipowej, zostały dokładnie udokumentowane.  Postanowiliśmy z Jankiem  ruszyć śladem noblisty do Krakowa na Uniwersytet Jagielloński. Spotkania tam gromadziły tłumy, słuchaliśmy na stojąco. W pewnej chwili Miłosz zwrócił się do nieznanego towarzysza, którego przedstawił jako swego przyjaciela, Tomasa Venclowę. Przy postawnym Czesławie Tomas wydawał się niepozorny. Już wtedy wiedziałam kim jest, znałam kilka jego wierszy z paryskiej „Kultury”. Śledząc nielegalną literaturę – na ile to było wówczas możliwe – zauważyłam, że spontanicznie zawiązał się sojusz trzech najwybitniejszych poetów – emigrantów: Czesława Miłosza, Tomasa Venclowy oraz Josifa Brodskiego. Napisałam esej w „Kresach” pt. Republika Poetów, o tym, że Platon miał rację, skazując na banicję największych poetów; mierni mogli pozostać, ponieważ nie zagrażali państwu. Platon nie przewidział jednego: że po „wyrzuceniu z państwa” – totalitarnego, zamiast się zagubić i rozproszyć, ta Trójca Poetów, z inicjatywy Czesława Miłosza, głęboko się zaprzyjaźniła. Pomagali sobie nawzajem w tłumaczeniach, publikacjach, ale także w spawach praktycznych i materialnych.

Pomimo licznej publiczności, jakoś nam się udało podejść do Venclowy i na poczekaniu wręczyć mu zaproszenie na konferencję w UMCS w Lublinie.

Nasze zafascynowanie Tomasem Venclową, i w ogóle Litwinami, rozpoczęło się w Kirchbergu, w austriackiej wiosce położonej w górach, słynnej z tutejszego pobytu Ludwiga Wittgensteina. Mój przyjaciel, profesor Leon Koj, wieloletni prezes Lubelskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, zaprosił na odczyt Hubnera. Był to lekarz weterynarii, który tak się zachwycił Wittgensteinem, że postanowił popularyzować tę niezwykłą postać i założył… hodowlę pstrągów. Z tego „pstrągowego” funduszu organizował doroczne Sympozja Wittgensteinowskie, zapraszając setki filozofów (dosłownie) wraz z rodzinami. Całe miasteczko i okolica korzystała z tego dobrodziejstwa. Zachęceni, wybraliśmy się autem do Kirchbergu. Zakwaterowani w przestronnej, przeszklonej na wylot, szkole podstawowej nie mogliśmy oderwać oczu od rozległych jodłowych lasów. Już na pierwszej przerwie w obradach dosiedliśmy się do dwóch panów przy drewnianym stole. Rozmawiali ze sobą w osobliwym języku. Jan – poliglota – nie wytrzymał i zapytał, co to za język. „Jestem Litwinem” – odpowiedział nasz rozmówca i przeszedł na polski. Profesor Edvardas Nekrašas i Algirdas Degutis byli filozofami z Wilna. Ze zdziwieniem i lekkim rozbawieniem słuchaliśmy pięknej polszczyzny Edvardasa, pełnej „atoli”, „jednako”, i innych sienkiewiczowskich zwrotów. Jan natychmiast postanowił się uczyć litewskiego z samouczka, bo nie było jeszcze słownika litewsko-polskiego.

2. „Płomień świecy”

Od tej chwili właściwie nie rozstawaliśmy się. Czasy były gorące, wszystkim udzielał się entuzjazm Karnawału „Solidarności”. Oboje byliśmy bardzo zaangażowani. Litwini wypytywali nas szczegółowo, co się w Polsce dzieje. Wiało wolnością i radością. Edvardas z Algirdasem opowiadali nam z równym entuzjazmem o „Sajudisie” – litewskim odpowiedniku „Solidarności”. W Wilnie doszło do walk przy zajmowaniu wieży telewizyjnej, sytuacja była poważna. Prawie od razu zaczęliśmy planować wspólną konferencję w Wilnie na dość zaskakujący temat: „Filozofia i muzyka kościelna”. Działo się to za czasu Lansbergisa. Już przy pierwszym śniadaniu poznaliśmy ówczesnych działaczy „Sajudisu”, którzy już niebawem mieli zapisać swoje nazwiska w historii. Nim do tego doszło, po powrocie z Kirchbergu, trwały przygotowania uroczystości wręczenia doktoratu honoris causa Tomasowi Venclowie oraz zaczęliśmy pracować nad programem konferencji naukowej „Polska – Litwa. Historia i kultura”. Powołaliśmy komitet oraz redaktorów przyszłej publikacji na czele z Janem Mizińskim, Krzysztofem Stępnikiem, Elżbietą Rzewuską, Janem Lewandowskim. Pod auspicjami ówczesnego rektora odbyła się laudacja, czytanie recenzji największych autorytetów, a po południu debata i dyskusja. To podczas niej – według relacji ks. profesora Wierzbickiego – zastosowałam „sztuczkę” z zapaleniem i gaszeniem świeczki, która tak się spodobała profesor Sławińskiej. Interesująca jest praca pamięci: przywołuję z niej bez trudu śrubokręt Wałęsy, a nie potrafię przywołać tej zapalanej świeczki… Dyskusja była burzliwa, obecna na spotkaniu pani z Litwy wypominała Venclowie jego komunistyczną przeszłość, nie tyle jemu, co raczej jego ojcu. Opinie podzielił też pomnik unii polsko-litewskiej, który raził niejednego Litwina. Niemniej udało się wydać książkę Polska – Litwa. Historia i kultura z ważnymi tekstami Tomasa Venclowy, Jana Błońskiego, Jerzego Święcha i pozostałych redaktorów.

W rok później wyruszyliśmy na „wyprawę wileńską” – do mnie i Jana dołączył Wacław Biały. Oczekiwali nas nasi dobrzy znajomi: Edvardas Nekrašas, Algirdas Degutis i Basia Nikiforowa. Zamieszkaliśmy u Basi, z którą zaprzyjaźniliśmy się od pierwszego spotkania. Wkrótce okazało się, że z Basią nie tylko łączy nas zodiakalny strzelec, ale również rok, miesiąc i dzień urodzenia! Była filozofem religii, wykładała na Uniwersytecie Wileńskim, serdeczna, opiekuńcza, nakarmiła nas czarnym litewskim chlebem i tradycyjnym, kupionym na targu, serem. Przylgnęłyśmy do siebie jak bliźniaczki, weszła na zawsze do naszej rodziny. Wielokrotnie odwiedzałyśmy się w Lublinie i Wilnie. Obrady, bardzo intensywne, odbywały się na przemian w Domu Partii oraz w kościołach, oddalonych od stolicy, cały czas staraliśmy się umknąć „czarnej wołdze”, podążającej naszym śladem. Cała atmosfera pachniała przygodą, niekoniecznie bezpieczną. W czasie obrad, ale przede wszystkim w grupowych rozmowach rej wodził Wacek Biały, który zresztą w pierwszym dniu stanu wojennego został aresztowany.

Na tym zakończyłabym swój opis epizodu, o którym wspomniał ks. Alfred Wierzbicki. Zastanawiam się nad „filozofią epizodu”. Prof. Jerzy Bartmiński, dla naszych spotkań na schodach, stosował zwrot „rozmowy w przelocie”. Tarasowaliśmy przejście, bo zawsze było coś ważnego do powiedzenia. Różnica z epizodem jest jednak znaczna: nasze „potrójne spotkanie” na konferencji w UMCS odbyło się „zdalnie”. Ksiądz Alfred nie znał mnie, ja nie znałam jego. Nie znałam też osobiście profesor Ireny Sławińskiej, choć otaczała ją wielka sława. Wiedziałam, że przyjaźni się z Czesławem Miłoszem.
Być może Anioł Spotkania podsunął mi wówczas małą białą świeczkę…

Jadwiga Mizińska (tekst)

Jadwiga Mizińska – profesor emeritus, autorka kilku książek, ostatnio wydała autobiograficzną w Wydawnictwie Norbertinum książkę poświęconą zmaganiem się z depresją pt. Psyche.

*Fragment niepublikowanego tekstu, archiwum Wydawnictwa Warsztaty Kultury w Lublinie.

Kultura Enter
2020/05 nr 98

Dwie rzeźby na białej fasadzie katedry wileńskiej

Rzeźby kościoła katedralnego. Fot. Aleksandra Zińczuk, 2020.

Główny plac Wilna, ok. 1914 rok. Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/

Główny plac katedralny w Wilnie.

Współczesny widok na plac. Fot. A. Zińczuk.

Ludzie w małej sali uniwersyteckiej

Basia Nikiforowa (po lewej) i Jadwiga Mizińska (po prawej). Z prywatnego archiwum B. Nikiforowej.