Strona główna/FILOZOFIA KULTURY. Mąż w ogrodzie

FILOZOFIA KULTURY. Mąż w ogrodzie

Fragmenty rozmowy podczas promocji książki prof. Jadwigi Mizińskiej pt. wąż w Ogrodzie (wydawnictwo UMCS). Spotkanie odbyło się w Akademickim Centrum Kultury „Chatka Żaka” (13 XII 2019). Spotkanie otworzyła i moderowała Aleksandra Zińczuk. Tekst spisali i opracowali Jacek Zalewski oraz Krzysztof Bąk.

Jacek Zalewski: Na początku będę się nie tyle znęcał nad tytułem książki Profesor Mizińskiej, wąż w Ogrodzie, ile raczej rozważał jego znaczenie. Napisanie książki, nawet tak dobrej jak ta, nie jest zadaniem tak trudnym jak wybranie dla niej odpowiedniego tytułu. Jeżeli bowiem mamy coś do powiedzenia, a przy tym jeszcze odrobinę tupetu, to bez większego problemu będziemy w stanie zapełnić dwieście, trzysta albo i więcej stron. Problem pojawia się dopiero, gdy musimy tym kilkuset stronom nadać skondensowaną postać tytułu. Sytuacji nie ułatwia też fakt, że najlepsze tytuły świata zostały już zajęte. W moim odczuciu najlepszy tytuł nosi zbiór esejów Leszka Kołakowskiego, „Moje słuszne poglądy na wszystko”. To tytuł totalny, nie sposób już go przebić i wszystko, co napiszemy będzie z konieczności czymś mniejszej rangi. Z kolei drugi najlepszy na świecie tytuł należy do książki Zbigniewa Herberta, „Barbarzyńca w ogrodzie”. Każdy, kto pisze, w jakimś stopniu zdaje sobie sprawę, że jeżeli wdziera się słowem w kruchą tkankę świata, podejmuje akt – przynajmniej – pewnej niedelikatności. Można też wprost powiedzieć, że jest to barbarzyństwo.

Barbarzyńca w ogrodzie – wąż w ogrodzie… dostrzegacie państwo jak blisko jesteśmy najlepszego tytułu? Niestety, tytuł książki prof. Mizińskiej nie jest równie oczywisty, co tytuł książki Herberta – pojawia się bowiem fundamentalne pytanie: kim jest wąż? Przeczytałem książkę – i nie wiem. Nasunęło mi się jednak kilka hipotez, którymi chciałbym się z państwem podzielić. Pierwsza, może nawet najbardziej oczywista jest taka, że wężem jest podmiot liryczny, który gdzieś się tam – nomen omen – wężowymi ruchami prześlizguje przez stronice. Druga hipoteza jest już jednak bardziej złowieszcza, a może i przy okazji złośliwa, mianowicie, że wężem jest autorka książki.

Jadwiga Mizińska: Żmiją? To miałeś na myśli? (śmiech sali)

J.Z.: Proszę Państwa, teza jest szalona, ale dopóki nie znajdziemy dobrego kontrargumentu, pozostaje nam ją przyjąć jako równoprawną. Może Państwo ją obalicie, nawet byłbym za tym, chociaż jakaś część mnie, może właśnie ta wężowa, woli jednak, żeby do końca nie wypierać się tych gadzich inklinacji. Przecież każdy autor w pewien sposób wodzi, uwodzi…

Aleksandra Zińczuk: Jesteśmy blisko kogoś, dzięki komu ta gra słów zaistniała, profesora Cezarego Wodzińskiego.

J.M.: Kto wychwycił aluzję? Tylko kilka osób? Maćku, powiedz o co chodzi.

Maciej Wodziński: Ale ja nic nie wiem…

J.Z.: Maciek jest osobą skromną, więc ja wezmę na siebie rolę wytłumaczenia się z aluzji. Maciek jest synem jednego z najwybitniejszych polskich filozofów współczesnych, Cezarego Wodzińskiego, który lubił mówić o sobie: Cezary… Czarek… Czaruś… Wodziński… Uwodziński…. Czaruś Uwodziński. Tyczy się to właściwie każdego autora. Może nas wodzić, zwodzić, uwodzić, ogłupiać, ale też i „omądrzać” – co mówię, wskazując wzrokiem na Panią Profesor. Jest jeszcze trzecia hipoteza, może najbardziej kontrowersyjna, do której najbardziej się przywiązałem, że wężem jest odbiorca. Czytelnik. Każdy, kto czyta książkę, może być owym tytułowym wężem. Tak jak autor może wpuszczać odbiorcę w maliny, tak może go również wpuszczać do ogrodu. I teraz, po przeglądzie tych hipotez proponuję zrobić to samo, co autorka: spojrzeć na świat z perspektywy węża – co rzadko, wydaje się, praktykujemy. Wolimy patrzeć na węża, ale jak wygląda świat z jego perspektywy – rzecz raczej nam nieznana, tymczasem Pani Profesor tę perspektywę postanowiła zająć.

Andrzej Sikora: To prawie tak jak z perspektywy żaby.

J.M.: Czuję się zaszczycona.

J.Z.: Perspektywa węża-kusiciela jest perspektywą złowieszczą. Świat nie jest zbyt dobrym miejscem, a badacz często lubi się w nim nurzać, wskazywać i opisywać jego zło, bo to jest bezpieczne: im gorzej powiemy o świecie tym większe mamy prawdopodobieństwo, że trafimy i nikt nie zaprotestuje. Jednak podanie recepty jest już ryzykowne, ponieważ każdy może ją zakwestionować i niestety badacze często wzdragają się przed tym w obawie przed krytyką. Pani Profesor nie boi się. Mamy w jej książce – może nie recepty, bo to byłoby uproszczenie – ale przynajmniej wskazanie strony w którą powinniśmy patrzeć, żeby samodzielnie poszukać rozwiązań. I to jest rzecz, która odróżnia panią profesor od wielu badaczy diagnozie koncentrujących swoją uwagę na diagnozie. Na koniec dodam jeszcze, że wąż w Ogrodzie to książka – aż sam nie wierzę, że to mówię – głęboko humanistyczna, a pani profesor, jako jej autorka jest osobą – i tutaj już nie wzdragam się tego powiedzieć – mądrą. Dziękuję bardzo.

A.Z.: Skoro został już wywołany do tablicy Maciej Wodziński, który zresztą właśnie przy tablicy stoi, a my mówimy o tytule książki, oddajemy więc teraz tobie głos, Maćku.

M.W.: Mówi się, że każda prawdziwa książka filozoficzna nie traktuje o konkretnym problemie, tylko opowiada coś bardziej ogólnego o świecie, w którym żyjemy. Wydaje mi się, że tytuł książki profesor Mizińskiej otwiera właśnie taką opowieść. Diagnozuje nam problem naszych czasów. W tytułowym rozdziale książki nawiązuje do jednego z esejów Cezarego Wodzińskiego i oboje stawiają tezę, że wąż jest czymś konkretnym, realnym, jest tym „trzecim graczem” w sytuacji Adama i Ewy w Raju. Jednak tak nie jest. Korzystając z tablicy, spróbuję teraz wyjaśnić dlaczego. Cały problem z wężem polega na tym, że on nie jest czymś bardzo konkretnym, łatwo dostrzegalnym i możliwym do łatwego diagnozowania. Cała chytrość węża z Księgi Rodzaju polega na tym, że potrafi dokonać bardzo subtelnej i niezauważalnej transpozycji, którą wyraża właśnie tytuł książki profesor Mizińskiej. Wystarczy dokonać jednej bardzo, na pierwszy rzut oka nieistotnej zamiany. Wystarczy przełożyć jedną kreskę w pierwszej literze. Był WĄŻ W OGRODZIE, jest MĄŻ W OGRODZIE. Dla rozjaśnienia problemu, pomyślmy w ten sposób: wszystkie problemy w Edenie pojawiają się właśnie wtedy, kiedy wąż ustępuje miejsca metaforycznie pojmowanemu mężowi. I właśnie o to chodzi: w dzisiejszym świecie problemem nie jest to, że pewne pojęcia, którymi operujemy, są zastępowane innymi. To nie jest tak, że mamy problem z odczytywaniem na przykład kłamstw, że nie wiemy, czym jest zło. Problem polega na tym, ze stykamy się z coraz większą liczbą takich bardzo chytrych wężowych podmian, gdzie prawdę próbuje się podmieniać na coś innego, co moglibyśmy nazwać postprawdą. Zamazują się pewne wyraźne do tej pory granice tego co jest dobre, co złe, co jest faktem a co fikcją. I jeden z głównych problemów dzisiejszego świata polega dokładnie na takiej chytrej wężowej zamianie bardzo subtelnych elementów, które sprawiają, że do końca już nie wiemy, co jest prawdą, a co fałszem. I myślę, że cała ta książka, a także duża część twórczości Pani Profesor ukazuje nam ten problem. Nie daje nam rozwiązać gotowych rozwiązać, ale pokazuje, żeby strzec się węża w ogrodzie.

J.Z.: Ta konkretna zamiana będzie skuteczna tylko w języku polskim. Czy to znaczy, że raj należy lokalizować w Polsce?

M.W.: Skoro duża część polskich katolików twierdzi, że Jezus był Polakiem, to dlaczego raj nie może znajdować się w Polsce?

A.Z.: Dziękuję Maćku, że podobnie jak Jacek przywołałeś te wszystkie ważne prawdy i wartości, mówi które pani profesor opisuje. Jest to książka w dużej mierze o metafizyce. Padły tutaj także wątki biblijne i poproszę teraz Ewę Grochowską, aby opowiedziała o swoim odczuciu. Pani profesor pisze w jednym z tekstów o żeńskim pierwiastku występującym u Schulza. Ewa jako jedna z pierwszych osób badała boską emanację jako element żeński, Szechinę, jeszcze w swojej pracy doktorskiej, pisząc również o Jakubie Franku. Nawiasem mówiąc jeszcze zanim pojawiały się Księgo Jakubowe Olgi Tokarczuk,

Ewa Grochowska: „W pierwszych słowach mojego listu” chcę powiedzieć, że jestem bardzo poruszona tym, że dzisiaj się tu spotykamy. Dla mnie jest to spotkanie ludzi z dawnych czasów i z różnych światów, również z moich lat studenckich. Niektórych z obecnych tutaj osób nie widziałam od bardzo dawna. Myślę, że także dla Pani Profesor jest to moment spotkania przeróżnych światów równoległych. Jestem bardzo wzruszona.

Niedawno otrzymaliśmy wiadomość, że Olga Tokarczuk dostała literacką Nagrodę Nobla. To nie jest przypadek! Myślę, że moglibyśmy się zgłosić do Olgi Tokarczuk z informacją, że my to przewidzieliśmy. Przywołanie jej postaci i twórczości nie jest przypadkowe, nie tylko ze względu na Jakuba Franka i Księgi Jakubowe. Księga Słów Pańskich autorstwa Jakuba Franka, jego nauki, filozofia i posłannictwo to bohaterowie jednego z rozdziałów mojej pracy doktorskiej. Kiedy miały się ukazać „Księgi Jakubowe” po raz pierwszy i chyba jedyny w życiu zachowałam się jak konsument. To było niesamowite! Ja w ogóle jestem kiepskim konsumentem: przez pierwszą połowę życia na konsumpcję różnych dóbr nie było mnie stać, a teraz nie mam na to czasu. Kiedy zatem został ogłoszony termin premiery Ksiąg Jakubowych w Empiku, który czynny jest chyba od 9.00 o 8.59 tego dnia czekałam pod sklepem jako pierwsza klientka. Po powrocie do domu, nie wychodziłam z niego przez kolejne 48 godzin, dopóki nie skończyłam czytać. Kocham tę książkę, kocham jej autorkę i to jest wielkie święto, że właśnie ona dostała Nagrodę Nobla!

Jaki to ma związek z Panią Profesor? Jako człowiek, kobieta, humanistka i jej studentka (zarówno podczas pisania pracy magisterskiej jak i doktorskiej prof. Jadwiga Mizińska była moją promotorką) nauczyłam się od niej tych samych ważnych dla mnie w życiu rzeczy i spraw, których opis i literackie odzwierciedlenie znajduję w książkach Tokarczuk. Dziś – po tylu latach od obrony doktoratu – łączy nas bardziej przyjaźń, niż relacja naukowa, ponieważ nie pracuję w zawodzie filozofa teoretycznego. Gdyby mi się uważnie przyjrzeć, to jednak praktykuję ten zawód dzisiaj – w postaci muzyki, która jest według mnie filozofią praktyczną, ucieleśnioną. Pani Profesor uczyła nas również patrzeć w taki sposób, nazywać rzeczy i zjawiska inaczej niż robią to wszyscy wokół, szukać istoty rzeczywistości.

Zadeklarowałam pani profesor, że opowiem dzisiaj o symbolice „węża w Ogrodzie”. Nie opowiem jednak, ponieważ obiecałam już Aleksandrze Zińczuk tekst na ten temat do jednego z najbliższych numerów Kultury Enter. Będzie on nawiązywał do mojej pracy doktorskiej, która nosiła tytuł „Kobieta w idei mesjańskiej judaizmu i tradycji chrześcijańskiej”. Chcę jednak opowiedzieć Państwu o tym, co – tak mi się wydaje – opisuje pani profesor w swojej książce i co znajduję – w innych słowach, pod inną postacią) – u Olgi Tokarczuk: większość fundamentów, na których budujemy dogmaty, fanatyczne teorie, rzeczywistość niedopuszczającą do brania pod uwagę światów równoległych – nie istnieje.

Niektórym Biblia służy jako narzędzie, by dowodzić swoich poglądów. Te kwestie są w Biblii bardzo umowne. W dużym skrócie: nie ma żadnego Adama i Ewy. Adam jest figurą, która oznacza człowieka, a człowiek pochodzi od słowa adamah – po hebrajsku po prostu – ziemia. To istota stworzona z ziemi. Budowanie na tej podstawie systemów religijnych, które chcą udowodnić, kto jest ważniejszy: kobieta czy mężczyzna jest po prostu dużym nieporozumieniem.

Wydaje mi się, że w kilku esejach zamieszczonych w tej książce pani profesor właśnie o tym mówi – o wielkich kulturowych i filozoficznych nieporozumieniach, które wynikają z tego, że odczytujemy coś zbyt dosłownie, chcąc mieć wyłączne prawo do słuszności naszych przekonań. To jedna z rzeczy, której nauczyłam się i od Pani Profesor i od noblistki Olgi Tokarczuk.

Opowiem jeszcze jedną historię o tym, za co jestem pani profesor wdzięczna. Lipiec 1996 roku, świeżo dołączyłam do Warsztatów Filozoficznych, znałyśmy się z Panią Profesor dosłownie od trzech miesięcy. Przyjechałam do Janowca nad Wisłą – niektórzy z tutaj dziś obecnych pamiętają tamten dom i tamte czasy – pani profesor spędzała tam wakacje. Ponieważ nie było jeszcze telefonów komórkowych, więc nie mogłam uprzedzić, kiedy dokładnie się pojawię. Przyjechałam w środku dnia, Pani Profesor była wtedy nad Wisłą. Nie zabrałam ze sobą nic do czytania, ale zobaczyłam że na parapecie w domu, który oczywiście był zamknięty na klucz, leży książka. Zaczęłam jej bardzo pożądać.. Przez uchylone okno dostałam się do domu i otworzyłam książkę. Nie przestałam czytać, dopóki nie skończyłam książki. Wtedy zobaczyłam z tyłu na okładce słowa: „zawsze chciałam napisać książkę taką jak ta”. Pomyślałam: „nieprawda, to ja chciałam napisać książkę taką jak ta”. To był „Prawiek i inne czasy”, pierwsza książka Tokarczuk, wydana w 1996 roku. Związek z Panią Profesor i tym, czego się od niej uczę ma to taki, że pani profesor w tym czasie wróciła z połowu ryb z osobą u której gościliśmy…

J.M.: Możesz zdradzić, kim była ta osoba?

E.G.: Krzysztof Borowiec. Mijały kolejne godziny, w międzyczasie nakryto obiad i kolację, ja wciąż nie odrywałam się od lektury. Pani Profesor, widząc, ze przeżywam coś ważnego nie zaburzyła mego czytania. Tego Pani Profesor uczyła nas – swoich studentów, że czasami ważniejsze od zwyczajowych form, przyjętych sposobów zachowania, kindersztuby, etc., jest przeżywanie, które tworzy , co dla niego w danym momencie jest ważne – oczywiście pod warunkiem, że nie narusza niczyich granic. Ja myślę, że tych granic wtedy nie naruszyłam i dość późno zjadłam kolację.

J.M.: Na podwieczorek tego dnia była kasza gryczana…

E.G.: Ta historia, podobnie jak zagadnienie Mesjasza, zbawienia i węża w ogrodzie – nie ma zakończenia. Jest niekonkluzywna. W jednej z recenzji mojej pracy doktorskiej przeczytałam, że jest bardzo dobra, ale zakończenie jest niekonkluzywne. Nie istnieje według mnie konkluzja życia, dopóki ono trwa. Kiedyś pewnie ona się pojawi – myślę że nikt z nas tego nie wie: kiedy i jaka. Filozof Franz Rosenzweig podczas jednego z pobytów w Polsce został zapytany przez dziennikarza, który chciał zażartować: który Mesjasz jest lepszy, chrześcijański [który już przyszedł – przyp. EG] czy żydowski [na którego czekamy – przyp. EG]? Na co Rosenzweig bez zmrużenia oka odparł: „zobaczymy jak przyjdzie”. Bardzo to zabawne, jeśli znamy niuanse tej historii o zbawczych zapowiedziach. Podobnie jest z życiem: rozgrywa się w detalach, niuansach, drobiazgach.

J.M.: Z serii aniołów lubelskich chciałam przedstawić Misię. Misiu, czy ty rozpoznajesz siebie? (prof. Mizińska pokazuje figurkę anioła)

Mieczysława Goś: Bardzo mi się podoba.

J.M.: Opowiem ci jego historię. Kiedy kończyłam pięćdziesiąt lat – nie uwierzycie, ale świętowałam kiedyś jubileusz pięćdziesiątych urodzin, dostałam go od mojej przyjaciółki, Misi. Zawsze występujemy w duecie: Misia i Mizia i mylimy się wzajemnie.. Ten piękny anioł wszędzie ze mną wędruje, czasami nawet wkładam go pod poduszkę i Misia pewnie sądzi, że zaraz go jej ofiaruję. Nic podobnego. Możesz go sobie pogłaskać (śmiech sali) i zabieram go z powrotem.

A.Z.: Pani profesor zdecydowała się poczekać z komentarzem na koniec, więc bardzo proszę, gdybyś Łukasz Marcińczak mógł nas wtajemniczyć, w jakie ostatnio książki zaopatrywałeś panią profesor?

Łukasz Marcińczak: Skoro rozmawiać mamy o najnowszej książce Profesor Jadwigi Mizińskiej, kolejnych medytacjach filozoficznych, gdzie lekkim piórem dotyka się pudowych problemów, zawsze w intencji rozjaśnienia egzystencjalnego niepokoju, uznałem, że zwrócę uwagę na mało znany, a może i mało doceniany aspekt jej autorki. Większość z Państwa otrzymało tę książkę [wąż w Ogrodzie], zapewne z dedykacją, zatem sam odwołam się do końcówki dedykacji w moim egzemplarzu: „Za współudział w pisaniu i połykaniu książek”. Dodam od razu, że spośród różnych dostępnych człowiekowi przyjemności, nie wiem, czy najwyżej, lecz gdzieś bardzo wysoko umieściłbym rozmowy o książkach. A mówiąc o książkach, mam na myśli literaturę: powieści, opowiadania, eseje – i poezję. I wiem, że pani profesor podziela to moje zamiłowanie. Od paru lat pracuję w bibliotece i ostatnie nasze spotkania z panią profesor polegają na przekładaniu, nierzadko nawet kilkunastu książek, z jednej torby do drugiej; ostatnio znalazły się tam nowe wiersze Adama Zagajewskiego, dziennik Wojciecha Bonowicza, najświeższa powieść Jerzego Pilcha, i kilka innych. No i przy którymś kolejnym „przeładunku”, czyli „wymianie” książek, ale już nie wymianie myśli, zorientowałem się, że brakuje mi oryginalnych opinii nie tylko o tych książkach, lecz i filozoficznego namysłu nad całą współczesną „produkcją” literacką, rządzącą się coraz bardziej prawami rynku, gdzie mody, tendencje, medialne obsesje i obyczajowe ekscytacje przesłaniają dające do myślenia myśli. A przecież z bardzo niewieloma osobami można w interesujący sposób rozmawiać o książkach. Pamiętam, że gdy spotykaliśmy się w trakcie moich studiów i później, to nasze rozmowy krążyły wokół nowych powieści Janusza Rudnickiego, Andrzeja Stasiuka i Eustachego Rylskiego, pamiętam fascynację Sławomirem Mrożkiem, który po udarze zaczynał wszystko od nowa Baltazarem oraz rozrzewnienie kolejnymi tomami lubelskiego poety Henryka Kozaka, który w Sitniku pod Chełmem zamieniał się w lubelskiego, czy raczej sitnickiego Bunina. Mógłbym długo wymieniać kolejnych autorów, bo spośród wszystkich znanych mi osób – a są w tym gronie osoby zajmujące się literaturą – Pani Profesor czyta jej najwięcej, i to pomimo tego, że wnikliwie studiuje również niezliczone prace naukowe swoich przyjaciół profesorów i wysoce erudycyjne książki współczesnych filozofów: Agambena, Kristevą czy Żiżka.

J.M.: Ale szybko je zapominam. Poznaję po swoich podkreśleniach w książkach.

Ł.M.: A mówię o tym dlatego, gdyż Pani Profesor ma pewien dar, bardzo rzadko występujący, odsłaniający się zresztą w różnych przestrzeniach. To się objawia wtedy, gdy wszyscy ulegają pewnej opinii albo kiedy wokół jakiejś sytuacji panuje określona atmosfera i niezwykle trudno wtedy zająć stanowisko, które – samemu sobie nie kłamiąc w oczy – nazwalibyśmy naszym własnym. Dar widzenia i nazywania świata po swojemu. A przecież w każdym środowisku panuje pewien terror opinii – i to samo dotyczy literatury, ponieważ zanim zaczniemy czytać książkę, już mamy w głowie poprzedzające ją odczytania i prawie zawsze wybieramy któreś z nich i się do niego przyłączamy. Wymaga odwagi i wewnętrznego kompasu, aby kiedy wszyscy mówią tak – powiedzieć nie. Lubiłem słuchać, co pani profesor powie o kolejnej książce, mam bowiem przekonanie, że zawsze pojawi się tam coś, czego nie znajdziemy w żadnej recenzji. Jakiś może drobny aspekt, lecz jednak coś zupełnie wyjątkowego. Bo muszę tu dodać, że Pani Profesor, aczkolwiek bywa bardzo wyrozumiała naukowo, nie jest wyrozumiała literacko. Dlatego żałuję, że nie spisałem niektórych naszych rozmów o książkach, choć może to i dobrze, bo o niektórych pisarzach nie powiedziano dotąd pewnych i nierzadko zapewne odkrywczych rzeczy, które ja słyszałem – i dotyczy to nie tylko twórczości modnego Krzysztofa Vargi, ale też, powszechnie uznawanego za arcymistrza, Wiesława Myśliwskiego. Byłoby to chyba ciekawe, a na pewno odświeżające, i mogłoby, jeśli nie powywracać, to w interesujący sposób zniuansować obecne hierarchie literackie. I znowu byłoby o czym rozmawiać.

Następuje wręczenie pamiątkowego artefaktu.

E.G.: Proszę państwa, są różne miejsca na świecie, wielkie symbole, wielkie terminy kultury, np. święty Graal, Kamień Filozoficzny, etc. Wszyscy szukają świętego Graala i nagle okazuje się, że jest on w Bełżycach, albo wszyscy szukają miecza Merlina, a on jest w Bełchatowie. Tymczasem Kamień Filozoficzny kilka dni temu został odnaleziony w Lublinie i przekazujemy go na ręce pani profesor jako depozytariuszce.

J.M.: Co to znaczy depozytariuszka?

E.G.: To jest ktoś, kto coś ma, ale do końca tego nie ma.

J.Z.: Państwo tego raczej nie widzą, ale na kamieniu jest dedykacja.

E.G.: Autorką podpisu jest niezastąpiona, nasza kochana Misia Goś.

J.Z.: Maćku, przeczytaj.

M.W.: „Kamień Filozoficzny dla profesor Jadwigi Mizińskiej za próbę porządkowania Wszechświata”.

(oklaski)

J.Z.: Proszę państwa, Wszechświata uporządkować się nie da, dlatego praca pani profesor będzie iście syzyfowa, a kamień jest bardzo ciężki, jak to Kamień Filozoficzny.

E.G.: Od rana spieraliśmy się z Jackiem czy w ogóle jest uprawnione sformułowanie „porządkowanie Wszechświata”, a szczególnie próba, ale z różnych powodów stwierdziliśmy, że zaryzykujemy z tym leasingiem, a ponieważ jest to leasing, zatem to określenie może się na tym Kamieniu Filozoficzny znaleźć. Proszę państwa, czyż to nie cudowne, że mamy Kamień Filozoficzny w Lublinie?

J.Z.: Kamień Filozoficzny jest nasz i łatwo go nie oddamy.

J.M.: Słuchajcie, patrzę, dotykam, ja jeszcze poproszę Jędrusia, żeby to obadał, ale co wy mi wciskacie, że jest Kamień z Lublina od Misi, przecież on jest z Kaczych Dołów. Jędruś?

Andrzej Sikora: Korzystając z tego, że zostałem poproszony o ekspertyzę, sprawdzam i potwierdzam. Chcę też dodać kilka zdań do wypowiedzi Jacka, który postawił trzy bardzo śmiałe hipotezy. Ja autorytatywnie wyjaśniam – Jacku, masz rację. Hipotezę, że wąż siedzi obok nas, konkretnie po twojej prawicy,  potwierdzam i uważam – wszyscy też będą to musieli przyjąć – jako oczywistą oczywistość. I już szybko uzasadniam. Czym jest wąż? To jest takie coś, co jest czyścicielem nie tylko ogródka, ale i lasów. Poza wilkiem i innymi czworonogami. Odkąd pani profesor przeprowadziła się z Lublina i obrała jako swoją drugą siedzibę Kacze Doły, to te Kacze Doły stały się ogrodem, zaś wężem w tym ogrodzie jest właśnie siedząca tutaj na przeciw mnie Pani Profesor. Dlaczego? Wąż oprócz tego, że czyści i usuwa, to jeszcze ma przepiękną właściwość. On hipnotyzuje. Wpatrując się w ofiarę, po prostu pozbawią ją innego działania niż to, które mu zostało przeznaczone. Dlatego wszyscy, którzy idą przez ogród pani profesor, robią to bardzo ostrożnie. Nigdy bowiem nie wiadomo kto i kiedy zostanie zahipnotyzowany. Mówię to jako człowiek, który – teraz będę bardzo bezczelny – nigdy nie przeczytał ani jednej książki pani profesor (śmiech sali). Świadomie. Przepraszam, przeczytałem dwa rozdziały „Duchów domu”. Dlaczego to mówię? Ponieważ mnie wystarczy kiedy patrzę i obserwuję, a jednocześnie biorę udział w procesie tworzenia i powstawania tych książek. I kolejna, już ostatnia rzecz odnosząca się do tego, że świata uporządkować się nie da. Oczywiście. Ale ile możne można fajnego bałaganu narobić… (śmiech sali)

J.M.: Ja króciutko, bo muszę, muszę, muszę. Odkąd się znamy i przyjaźnimy, nie zwracamy się do siebie per „pani profesor” oprócz nielicznych, niepoprawnych wyjątków. Jewka mówi do mnie „Mizia”, a o innych nie wspomnę. Jakiś czas temu Misia i Jacek wysłali do mnie maila z zapytaniem: jak mamy się do pani zwracać, „pani profesor” czy po nazwisku i imieniu, czy po tytule? Jacek wie, co odpowiedziałam. Powiedziałam: absolutnie po tytule, ale nie jednym, bo przecież cały ogon ciągnę za sobą.

A.S.: Jak wąż! (śmiech sali)

Kultura Enter
2020/03 nr 95–96
Fot. Jacek Zalewski.

Fot. Jacek Zalewski.

Spotkanie autorskie z prof. Jadwigą Mizińską (po prawej), pozostałe osoby na zdjęciu: Iwona Zakrzewska i Łukasz Marcińczak. Fot. Andrzej Sikora.

Spotkanie autorskie z prof. Jadwigą Mizińską (po prawej), pozostałe osoby na zdjęciu: Iwona Zakrzewska i Łukasz Marcińczak. Fot. Andrzej Sikora.